Aktualności

Strona 1 z 7  » »»

Dzieło Izaaka Waltona – autorem jednego rozdziału jest jego przyjaciel Charles Cotton - po raz pierwszy ukazało się drukiem w 1653 roku w Anglii i od tego czasu miało blisko 500 wydań w świecie – więcej miała tylko Biblia.

Więcej

Warto przypomnieć, że dwa lata temu pojawił się nowy, ciekawy magazyn dla muszkarzy „Sztuka Łowienia“. Kolegów, którzy do tej pory nie mieli go w ręku, zachęcam do sięgnięcia po niego...

Więcej

Majowe pstrągi

W ten piękny majowy poranek dotarłem, wraz z dwoma kolegami, nad Wdę, by zapolować na dużego pstrąga. Ugasiwszy pragnienie łykiem gorącej herbaty i posiliwszy się kanapkami, przebraliśmy się i uzbroiliśmy wędziska. Marek, jak zwykle, najszybciej z nas uporał się z neoprenami i idąc szybkim krokiem w kierunku rozlewiska poniżej kładki, w marszu przywiązywał streamera. Po chwili i my stanęliśmy nad wodą, po czym rozdzieliwszy się, każdy z nas ruszył w przeciwnym kierunku.
Wkrótce spotkałem Marka, który uparcie szperał w pudełku, szukając odpowiedniej muchy. Zbliżyłem się do brzegu odpowiednio wysoko, by mu nie przeszkadzać w obławianiu dolnego fragmentu rozlewiska. Po paru rzutach zrobiłem kilka kroków w dół i wówczas Marek, który mnie dopiero w tym momencie spostrzegł, zupełnie nie okazując emocji, powiedział: „Właśnie wszedłeś na głowę mojemu pstrągowi. Stoję tu od dziesięciu minut i usiłuję mu dobrać muchę, bo ładnie zbierał”. Zrobiło mi się głupio, bo gdyby krzyknął, zaklął, ale on wycedził te słowa spokojnie, nie okazując zdenerwowania. Natychmiast wycofałem się, ale spłoszony pstrąg już się nie pokazał.
Myśląc o tym niezbyt udanym początku, zostawiłem Marka nad rozlewiskiem i szybkim krokiem ruszyłem w dół rzeki. Po kilkuset metrach uznałem, że zostawiłem mu dość atrakcyjnych miejsc, by odkupić swoją winę i rozpocząłem łowienie. Po krótkiej chwili zobaczyłem kilka metrów poniżej mnie, pod drugim brzegiem, wyjście pstrąga do suchej muchy. Nie namyślając się długo, dowiązałem cieńszy przypon i zmieniłem streamera na Greenwell’s Glory na haczyku nr 12 - moją ulubioną pstrągową suchą muchę, w okresie przed rójką jętki majowej. Pstrąg nie dał się długo zapraszać do stołu - już po drugim rzucie ujrzałem bryzg wody w pobliżu muchy i usłyszałem głośny plusk. Ledwo wymiarowy, w moim mniemaniu, pstrąg, po zacięciu, okazał się przeciwnikiem godnym szacunku. Po kilku wyskokach nad powierzchnię wody, młynkach i wypadach w kierunku gałęzi przytopionego drzewa zmęczona ryba pozwoliła podholować się do podbieraka. W chwilę potem pięknie wybarwiony czterdziestak znalazł się w koszyku owinięty mokrą ściereczką.
Szybko posuwałem się w dół rzeki, pragnąc jak najrychlej dotrzeć do najlepszego miejsca na tym odcinku. Wkrótce stanąłem nad długą rynną ocienioną drzewami. Zanim rozpocząłem łowienie sprawdziłem przypon i muchę pamiętając o okazach, które tu łowiłem.
Po chwili oczekiwania ujrzałem pierwsze wyjście, potem drugie i kolejne. Pstrągi co chwilę podnosiły się do przepływających much i z głośnym pluskiem zapadały w wodę. Czasami czyniły to tak cicho, że tylko pęcherzyk na powierzchni lub zmarszczenie lustra wody znaczyły miejsce, w którym zebrały owada. Przez moment stałem urzeczony tym spektaklem radującym serce każdego pstrągarza.
Wybrałem, jako pierwszego, pstrąga hałasującego poniżej mnie, wiedząc, że każdy zacięty osobnik potrafi wypłoszyć inne żerujące ryby na kilkanaście a nawet kilkadziesiąt minut. Pstrąg stał w trudnym miejscu i tylko wyjątkowo szczęśliwy przypadek mógł sprawić, by mucha wpłynęła w niewielką zatoczkę pod baldachimem gałęzi, nie zatonąwszy we wstecznym nurcie odpychającym ją od stanowiska ryby. Po kilku rzutach udało mi się dokonać tej sztuki, lecz mimo, że nurt podsunął muchę pstrągowi pod nos, ten ją zignorował. Kilka kolejnych jej przepłynięć w pobliżu ryby nie przyniosło żadnego rezultatu. Myśląc już raczej o zmianie muchy, po raz ostatni położyłem ją delikatnie powyżej stanowiska pstrąga. Tym razem głośny plusk zaświadczył, że pstrąg przestał wybrzydzać i zaatakował moją muchę. Zaciąłem i zobaczyłem dużą rybę salwującą się ucieczką w dół rzeki. Jeszcze przez chwilę miałem z nią kontakt, usiłując sparować gwałtowność jej ucieczki. Kolejne szarpnięcie uwolniło ją jednak z haczyka.
Przez chwilę stałem, smakując gorycz porażki, gdy głośny plusk powyżej mnie zwrócił moją uwagę. W równie trudnym technicznie miejscu pod drugim brzegiem co chwilę pojawiało się kółko. Minęło kilka długich minut, zanim udało mi się położyć muchę w pobliżu stanowiska pstrąga. Tym razem nie musiałem powtarzać rzutu, gdyż atak nastąpił natychmiast. Podobnej wielkości pstrąg i tym razem nie dał mi żadnych szans - po krótkim holu wypiął się, w czasie kolejnego wyskoku.
Postanowiłem zrobić krótką przerwę na coś słodkiego - to najlepsze lekarstwo na ciężkie wędkarskie chwile. Przerwa nie trwała długo, gdyż na spokojnej wodzie powyżej mnie spostrzegłem następnego pstrąga. Spryskałem muchę silikonem w sprayu, by dłużej utrzymywała się na prawie stojącej wodzie i po strząśnięciu jego nadmiaru w czasie pustego wymachu posadziłem ją delikatnie na powierzchni. Żaden nurt nie marszczył wody w tej cichej zatoczce, ale mucha majestatycznie spływała w dół rzeki. Nagle ujrzałem fontannę wody, spokojnie zaciąłem i poczułem spory opór. Pstrąg zataczał koła w nurcie, wściekle szarpał linką, błyskał srebrem w głębinie. Po długim holu, wyczerpany znalazł się w podbieraku i wkrótce - na brzegu. Był to piękny okaz grubego pstrąga o małej głowie mierzący 44 centymetry. Uszczęśliwiony takim obrotem sprawy kontynuowałem łowienie, ale już bez rezultatu. Pstrągi przestały żerować.
Wracając do samochodu dostrzegłem Marka holującego dużą rybę. Był to kapitalny okaz lipienia z wojowniczo nastroszoną płetwą grzbietową. „A to pech” - pomyślałem - „do zakończenia okresu ochronnego pozostał jeden dzień”. Marek ostrożnie holował lipienia, umiejętnie parując jego wypady. Z przyjemnością obserwowałem jego kunszt wędkarski. Po kilku minutach zmęczony lipień znalazł się przy brzegu, a po chwili w podbieraku. Zdumiony spojrzałem na kolegę. Czyżby chciał go zabrać, łamiąc przepisy? Ale on tylko błyskawicznie wyjął miarkę z kieszeni kamizelki i przyłożył do spokojnie leżącego lipienia. Następnie bezzwłocznie włożył podbierak do wody i uwolnił rybę. Gdy mierzył lipienia zerknąłem mu przez ramię. Ryba miała 49 centymetrów.
Dopiero teraz zwrócił się do mnie. „Dobrze, że choć miałem świadka. Szkoda, że dziś nie jest pierwszy”. Okazało się, że była to jego jedyna ryba tego dnia. Wracaliśmy do samochodu w doskonałych humorach. Ja z dwoma pięknymi pstrągami a on ze wspomnieniem wspaniałej wędkarskiej przygody.
Marek jeszcze kilkukrotnie odwiedzał to miejsce na Wdzie, ale lipień już nie dał się skusić.
Tomasz Leroch