Aktualności

Strona 1 z 7  » »»

Dzieło Izaaka Waltona – autorem jednego rozdziału jest jego przyjaciel Charles Cotton - po raz pierwszy ukazało się drukiem w 1653 roku w Anglii i od tego czasu miało blisko 500 wydań w świecie – więcej miała tylko Biblia.

Więcej

Warto przypomnieć, że dwa lata temu pojawił się nowy, ciekawy magazyn dla muszkarzy „Sztuka Łowienia“. Kolegów, którzy do tej pory nie mieli go w ręku, zachęcam do sięgnięcia po niego...

Więcej

„Sztuka Łowienia“ na sztuczną muchę

„Sztuka Łowienia“ na sztuczną muchę „Sztuka Łowienia“ na sztuczną muchę

Warto przypomnieć, że dwa lata temu pojawił się nowy, ciekawy magazyn dla muszkarzy „Sztuka Łowienia“. Kolegów, którzy do tej pory nie mieli go w ręku, zachęcam do sięgnięcia po niego - zapewniam, że warto. Jako autor tekstów oraz ilustracji współpracuję ze „Sz.Ł“, lecz podejmując współpracę nie rozmawiałem o honorariach, chciałem chociaż w ten sposób wspomóc młode pismo w ustabilizowaniu swej pozycji na rynku. Pismo redagowane jest przez znawców i pasjonatów muszkarstwa, wspieranych przez doświadczonych muszkarzy, co gwarantuje wysoki poziom artykułów tematycznych, reportaży i relacji znad rzek. W każdym numerze prezentowane są najciekawsze łowisk krajowe i zagraniczne, poszczególne gatunki ryb, metody ich połowu, muchy, nowości sprzętowe - jest co poczytać - a zdjęcia i szata graficzna bezsprzecznie do tego zachęcają. Uważam, że warto, a nawet trzeba, abyśmy wsparli dalsze istnienie „Sztuki Łowienia“, by w dobie kryzysu i oszczędności nie podzieliło losu „Wędkarstwa Muchowego“, które w latach dziewięćdziesiątych zaistniało na rynku wydawniczym i zniknęło po dwóch wydaniach. Jest na to tylko jeden skuteczny sposób, do którego usilnie namawiam; systematyczny zakup poszczególnych numerów lub całoroczna prenumerata pisma. „Sztuka Łowienia“ jest także naszym cennym sojusznikiem w batalii o „normalność“ nad polskimi wodami, promuje etykę wędkarską i „no kill’.
Dajmy mu szansę aby żyło - zależy to tylko od nas !

www.sztukalowienia.pl
redakcja@sztukalowienia.pl

Robert Tracz

 

Yackta Oya

Yackta OyaBył moim przyjacielem, muszkarskim nauczycielem i przewodnikiem po rzekach Pomorza w latach siedemdziesiątych. Należał do grupy pierwszych muszkarzy w powojennym Gdańsku. Łowił pstrągi potokowe i lipienie na muchy mokre i suche - większe numeracje z reguły stosował na pstrągi, mniejsze na lipienie. W jego pudełku przeważały klasyczne wzory much: Greenwells Glory, Silver Doctor, Coachman, Professor, Red Tag, Mallard&Claret oraz May Fly i March Brown w kilku wariantach.

Nie brodził - na rzekach na których najczęściej łowił nie było takiej potrzeby. Słupia, Łeba, Reda, Radunia czy Wieprza mają na większości odcinków twarde brzegi i suchą lub mokrą muchę można położyć niemal wszędzie. Szanował i rozumiał przyrodę, pewnie i dlatego, że w młodości przez szereg lat towarzyszył ojcu w wielogodzinnych wyprawach do lasu na polowania oraz nad wodą podczas wędkowania.

Podarował mi muchówkę, klejonkę z wymienną szczytówką, na którą złowiłem swoje pierwsze pstrągi i lipienie, i którą mam do dzisiaj. Na wspólnych wyprawach chodziłem za nim, niczym uczeń za mistrzem i podpatrywałem go. Imponował mi jego spokój i opanowanie, płynne ruchy i pewność przy podbieraniu ryby, bez względu na to czy był to dorodny kardynał czy półmetrowy pstrąg.

Zadziwił mnie nie raz, lecz podczas pewnej wyprawy na górną Słupię szczególnie. Na niezbyt długim odcinku rzeki złowił w ciągu godziny pięć pstrągów potokowych w przedziale 40-50 cm, podczas gdy ja zaledwie jednego nieco ponad wymiar. Innym razem na Łebie zapiął dublet lipieni, które w sumie miały blisko 90 cm długości.

W owym czasie większość pomorskich rzek obfitowała w ryby, a presja wędkarska czy też kłusownicza były niewielkie. Odwiedzaliśmy wspaniałe łowiska, które zakodowałem w pamięci, a które przeszły już do legendy. Na Wieprzy koło Bożanki, na Słupi na wysokości Parchowa czy Łebie w pobliżu Strzepcza, były odcinki gdzie podczas obfitych wyrójek owadów na stu metrach rzeki ujawniało się sto pstrągów i lipieni różnej wielkości. Wtedy myślałem, że tak będzie zawsze. Niszcząca fala bagrowania, prostowania i grodzenia rzek oraz kłusownictwa miała dopiero nadejść. I nadeszła. Niestety.

Choroba dopadła go nagle. Z czasem wykaraskał się z niej na tyle, że mógł opuścić szpitalne łóżko, lecz wcześniejszej sprawności nie odzyskał już nigdy. Nie powrócił do zawodu, musiał także odstawić muchówkę. Niekiedy sięgał po imadełko i kręcił muchy. które potem oddawał mnie. Po kilku latach, któregoś czerwcowego dnia zawiozłem go nad Radunię, na zakole rzeki, na którym wcześniej namierzyłem dużego potokowca. Chciałem aby go złowił. Siedzieliśmy na trawie wpatrzeni w lustro wody. Gdy jętek zaczęło przybywać pstrągal ujawnił się kilka metrów od brzegu. Później stanął pod powierzchnią, wystawiając płetwę grzbietową i opychał się owadami, jakby wiedział, że nic mu nie grozi gdyż nasze wędki stały za nami oparte o drzewo.

Siedzieliśmy nieruchomo i w milczeniu patrzeliśmy na misterium natury, do czasu aż chłodna wieczorna mgła przerwała wyrójkę owadów. To była nasza ostatnia wspólna wyprawa.

Nie mogąc wędrować nad rzekami, odnalazł w sobie drugą pasję. Zafascynowany historią Kanady i losami plemion indiańskich zaczął pisać książki dla młodzieży o tej tematyce. Przybrał pseudonim literacki Yackta Oya co w języku Indian kanadyjskich znaczy "Ktoś" lub "Przybysz". Pierwszą książkę "Fort nad Athabaską" napisał wspólnie ze Stanisławem Supłatowiczem, znanym bardziej jako Sat Okh*. Następne: "Leśny goniec", "Gwiazda Mohawka", "Złoty Potok", oraz "Patrol NWNP zaginął" napisał już samodzielnie. Wszystkie rozeszły się w wielotysięcznych nakładach. Choroba zmogła go dwa lata temu. Odszedł do Krainy Wiecznych Łowów nie ukończywszy kolejnej książki "Pierwsi odkrywcy Kanady". Wiem, że Tam w spokoju cyzeluje rozdziały swojej ostatniej książki, a wieczorami siada na brzegu Złotego Potoku i wypatruje żerujących pstrągów. Ze swej strony postanowiłem w jakiś sposób utrwalić pamięć o tym nietuzinkowym człowieku, pisarzu i muszkarzu.

U kolegi, doświadczonego twórcy much typu "full dress" zamówiłem muchę inspirowaną motywami indiańskimi. I tak powstała łososiowa "Yackta Oya". Jej autor twierdzi, że zainspirował go tomahawk, dla mnie jest ona czymś więcej, jest swoistym symbolem, "totemem" kryjącym w sobie lata naszej przyjaźni, wspólne wędkarskie wyprawy, doznania i rozmowy. Teraz, pięknie oprawiona zdobi ścianę w moim kąciku wędkarskim obok jego muchówki Imperial ST. Croix, na którą najczęściej łowił.

*autor przetłumaczonych na kilkanaście języków książek: "Ziemia Słonych Skał" i "Biały Mustang".

Robert Tracz

Mucha na jeziorze

Sądzę, że moje doświadczenia, wyniesione z pracy w charakterze przewodnika wędkarskiego na dwóch pomorskich jeziorach zarybianych od kilku lat salmonidami, mogą być pomocne dla kolegów-muszkarzy, którzy zainteresowani są łowieniem na tego typu łowiskach… i których na to stać. Zapewne w naszym kraju w ciągu kilku najbliższych lat powstaną kolejne łowiska komercyjne – w zachodniej Europie funkcjonuje ich wiele – chociaż nie wszyscy akceptują taką formę wędkarstwa. A powstawać będą tym szybciej, im szybciej dokonywać się będzie dewastacja i grabież łowisk naturalnych. Nazwy łowisk nie będę podawał, aby nie zostać posądzonym o ich reklamowanie...

Najlepszym okresem połowu jest wczesna wiosna, tuż po zejściu pokrywy lodowej. Wyposzczone trocie i pstrągi przemieszczają się w wierzchnich warstwach wody i dobrze reagują na agresywnie prowadzone sztuczne przynęty, podawane z łodzi.

Ryby można łowić z użyciem linki intermedialnej lub z tonącą końcówką. Skuteczne są średniej wielkości, stonowane kolorystycznie streamery imitujące narybek i nimfy na przykład w typie Montany. Nie mniej skuteczne są imitacje pijawek i czarne (brązowe, zielone) puchowczyki. W okresie żabich godów warto obławiać miejsca w pobliżu trzcin, gdzie pstrągi czyhają na leniwie przemieszczające się smakowite kąski. Oprócz troci, pstrągów tęczowych i potokowych, w tym okresie można także liczyć na złowienie łososia i palii alpejskiej. Duża przejrzystość wody wymusza stosowanie dłuższych przyponów; nawet 3-4 metrowych z żyłki o maksymalnej grubości 0,18 mm.

Znacznie trudniejsze staje się sprowokowanie ryb do brań w porze letniej, a zwłaszcza podczas upałów. W tym czasie niemal wszystkie metody z okresu wiosny są mało przydatne. Gdy woda na powierzchni osiąga temperaturę 19, 20, lub więcej stopni, ryby schodzą głęboko, na kilkanaście metrów. Duże osobniki, zasiedziałe w jeziorze: łososie, trocie, palie i tęczaki schodzą jeszcze głębiej, w chłodniejsze warstwy wody, na 20-30 metrach, i tam żerują, na sielawie i okoniach.

Wielu muszkarzy jest nieprzygotowanych do tak głębokiego łowienia, głównie dlatego, iż wcześniej nie mieli tego rodzaju doświadczeń. Ryby łowią ci, którzy potrafią odrzucić pewne, utrwalone nad pstrągowymi rzekami wieloletnie nawyki i dysponują odpowiednim sprzętem. Nieodzowna jest szybko tonąca linka, najlepiej w szóstym stopniu tonięcia. Zasadą jest, by szybko sprowadzić głęboko muchę i przez dłuższy czas prezentować ją w pożądanych partiach wody. Aby to osiągnąć należy wysnuć z kołowrotka całą linkę i dodatkowo 20-40 metrów podkładu, i prowadzić zestaw operując biegami elektrycznego silnika. Najkorzystniejsza jest szybkość uzyskiwana na drugim biegu, lecz bierne prowadzenie muchy, „wleczenie” za łodzią, nie jest zbyt skuteczne. Lepsze efekty mają ci, którzy cały czas „grają” muchą, prowadzą ją arytmicznie i manewrują łodzią; robią zwroty oraz przyspieszają i zwalniają jej bieg.
Atak ryby następuje najczęściej gdy mucha zmienia kierunek, przyspiesza lub zmierza ku powierzchni.

Tym którzy nie lubią muchowego trollingu, proponuję łowienie z dryfu. Po ustawieniu łodzi pod brzegiem, od którego wieje wiatr, wykonujemy rzut z wiatrem. Po napływie w miejsce ulokowania muchy, przekładamy linkę za dziobem łodzi na przeciwną burtę, wysnuwając jednocześnie z kołowrotka dodatkowe metry, a następnie zaczynamy ją niespiesznie wybierać, prowadząc muchę (muchy - np. nimfę i mokrą) ku powierzchni. Po wybraniu linki, ponawiamy rzut i czynimy to dopóty, dopóki wiatr nie zdryfuje łodzi pod przeciwległy brzeg. Przy tempie i głębokości prowadzenia much musimy uwzględnić szybkość dryfu.
Latem łowić możemy również na streamery, zonkery i muchy trociowe używane na rzekach, tyle że jasne (na kilkunastu metrach jest ciemno) imitujące małe uklejki i sielawki.

Gdy ryby grymaszą, egzamin zdaje często mucha „nic” – kilka, co najwyżej kilkanaście, żółtych lub białych włosów z sierści kozy umocowanych na średniej wielkości haku karpiowym (jest krótki i mocny) – prowadzona także głęboko w toni.
Jesień na jeziorze to głównie mucha sucha, chociaż nie należy zapominać o małych streamerkach.
Okresowo roją się ochotki, muchówki, czasem pojawiają się chruściki, a wiatr strąca z drzew chrząszcze i pluskwiaki, które ryby wybierają spośród pływających liści. Najczęściej łowi się na niepozorne, skąpo upierzone, szare lub czarne muszki wiązane na haczykach o numeracji 14-16.
Niektórzy wędkarze stosują jeszcze mniejsze imitacje – mają więcej brań, lecz także znacznie więcej problemów z wyholowaniem ryby na maleńkim haczyku i cienkiej żyłce – większość zapiętych ryb spada.

Po wychłodzeniu się wody, ryby częściej penetrują jej wyższe warstwy, a tęczaki pływają pod powierzchnią, co pozwala powrócić do klasycznych technik rzutowych. Sprawdza się agresywny, „uciekający” chruścik, najlepiej czarny sierściak, prowadzony tak, by od czasu do czasu zasmużył.
I jeszcze jedno – rybę zacinamy zawsze energicznym pociągnięciem linki, a nie wędziskiem.

Robert Tracz

Kaszubski streamer

Tradycje sportu muchowego na Pomorzu w takim rozumieniu jak na przykład w Okręgu Krakowskim nigdy nie istniały. Inne były losy tej ziemi, inne uwarunkowania polityczne i społeczne. Przed wojną niektórzy właściciele ziemscy i dygnitarze pruscy oraz niemieccy uprawiali na rzekach pomorskich wędkarstwo muchowe. Od sędziwego autochtona z Parchowskiego Młyna dowiedziałem się, że górna Słupia była wtedy łowiskiem zamkniętym, strzeżonym przez uzbrojoną straż leśną. Za kłusownictwo groziły wysokie kary; areszt i grzywna.

Stary Kaszeba który przed wojną posiadał nad Słupią łąki, zwierzył mi się kiedyś nad rzeką, że potrafił przechytrzyć strażników. Po ich przejściu, biegł nad najgłębsze zakole i ręką wyrzucał linkę z haczykiem, do którego mocował dwa, trzy jasne pióra kogucie z kawałkiem czerwonej włóczki. Ściągając rytmicznie przynętę, potrafił w krótkim czasie złowić jednego, czasem dwa dorodne pstrągi w granicach 1 - 1,5 kg. Twierdził, iż była to metoda "szybka", skuteczna i bezpieczna, jako że cały zestaw można było ukryć w kieszeni a złowione ryby w trawie. Kamienista ziemia rodziła słabo, a przecież do garnka trzeba było coś włożyć, szczególnie jeśli się miało "dzewęc dzecioków".

Łowca pstrągów znad Słupi nie domyślał się, że zapewne był prekursorem połowów na streamera, tyle że bez wędziska. Tego dnia wody górnej Słupi penetrowałem streamerem. Kaszub obejrzał moją muchę i stwierdził krótko: "Jo wej. Tako soma jak i moja, tylko rybów wteda było wiency. Tera so wyrybiło." Co prawda, to prawda, wyrybiło się, a my wędkarze doskonale wiemy jakie są tego przyczyny...

Z innych źródeł dowiedziałem się, że w latach trzydziestych nad Łebą ryby łososiowate łowił polski lekarz z Lęborka a na kiełpińskich łąkach, nad Radunią śmigał muchówką proboszcz z Kartuz, który na "wabiki z piór i włosia sprytnie chwytał pstręgi".

Również w Wolnym Mieście Gdańsku byli muszkarze wywodzący się z grona polskich, niemieckich i anglosaskich urzędników i dyplomatów. Ilu ich było, jak i gdzie łowili, dziś trudno ustalić - wojna zatarła niemal wszystkie ślady. Po wojnie, pierwsza nieformalna grupa muszkarzy, wykładowców - kolegów istniała na PWSSP w Gdańsku. Po "odwilży" w 1956 roku, jako jedni z pierwszych, mieli możność wyjazdów na Zachód, w tym także do Wielkiej Brytanii. Tam też poznali techniki połowu, sprzęt i fachową literaturę. Lipienie i pstrągi potokowe łowili na muchy mokre i suche, głównie na Raduni, Łebie oraz Redzie.

Prężną działalność sportową rozwinęło Koło Wędkarskie "Politechnika Gdańska", założone w 1968 roku. Jego członkami byli między innymi czołowi muszkarze lat siedemdziesiątych: M. Irczuk, J. Hołowacz, R. Krzemiński, E. Antropik. Organizowano akcje kontrolne i zarybieniowe oraz grupowe wyjazdy na Wieprzę, Słupię, Radew i Parsętę, podczas których łowiono również trocie. Ukoronowaniem sukcesów sportowych było zdobycie Muchowego Grand Prix Polski przez Edmunda Antropika w 1985 roku.

W tym okresie dominowała "krakowska szkoła" suchej muszki, którą na wielu silnie zadrzewionych i zakrzaczonych łowiskach pomorskich nie zawsze można było zastosować. Edmund Antropik wprowadził do wędkarstwa wyczynowego obciążone nimfy, nazywane "mundkami". Muszkarze otrzymali "zabójczą broń". Mundek był również inicjatorem rozgrywania zawodów na "żywej rybie" oraz stosowania haczyków bezzadziorowych. Dla wielu młodszych kolegów był także nauczycielem i przewodnikiem po muchowych metodach połowu troci w rzekach Pomorza.

Takie były początki. Tak się rodziła i kształtowała w naszym regionie sztuczna mucha, wraz ze sportową i czysto rekreacyjną otoczką, a jednym z pionierów był Kaszeba z Parchowskiego Młyna, który przed laty zwodził nad Słupią pruskich strażników. W 1985 roku grupa młodych entuzjastów sztucznej muchy powołała do życia Klub Wędkarski "Pstrąg"...

Robert Tracz

Prezentujemy kilkadziesiąt wzorów much wykonanych przez członków klubu i nie tylko...

Przejdź do galerii much